#68 Nie tak dawno temu w Rumunii cz. 1

Wstęp
Choć tekst ten miał powstać jesienią zeszłego roku, z różnych przyczyn pojawia się dopiero teraz. W przeciwieństwie do pozostałych, nie dotyczy wyjazdu motocyklowego, ale samochodowego. Jednak, niezależnie od środka komunikacji, wrażenia były głównie pozytywne i nimi chciałbym się podzielić.

Dzień 0.
Praktycznie dopiero za Gliwicami, po zjeździe z autostrady, coś zaczęło się dziać. Bocznymi, krętymi drogami, dotarliśmy pod jezioro Żywieckie.

Stamtąd, przez Podhale, nad kolejne jezioro, z widokiem zarówno na zamek w Niedzicy jak i w Czorsztynie.

Zapchane parkingi skutecznie zniechęcały do wejścia, stąd podziwianie odbywało się wyłącznie z pewnej odległości.

Kolejny postój tradycyjnie wypadł przy Tłoczni Maurera. Choć śliwowica jest ich flagowym produktem, to po serbskich doświadczeniach kupowanie jej tam wydaje się zbyt drogą zabawą. W przeciwieństwie do pysznych soków oraz win owocowych. I to praktycznie był koniec atrakcji tego dnia. Dalej już była tylko nudna DK 28 i burza na odcinku Gliwice – Krosno.

Dzień 1.
Jedyną atrakcję na trasie Krosno – Węgry – Rumunia było przydrożne stado motyli.

Ciekawiej zaczęło się dopiero robić za węgiersko-rumuńskim przejściem granicznym.

Pierwszym celem na ten dzień był nieśmiertelny cmentarz w Sapancie. Choć byłem tam już wcześniej, miło było zobaczyć, że skończył się remont cerkwi.

Po zwiedzeniu klasztoru w Barsanie, zjeżdżamy do wioski w poszukiwaniu noclegu.

Wprawdzie do zachodu słońca jest jeszcze trochę czasu, ale nie mam zamiaru podziwiać go w trakcie jazdy po górach.

Dzień 2.
Poranek zaczyna się sielankowo. Wyspani i wypoczęci wyjeżdżamy w stronę Sucevity. Droga obfituje w bardzo ładne widoki.

Pierwszy raz mogę pozwolić sobie na luksus kierowania ze świadomością, że ma kto robić zdjęcia i nie muszę regularnie zatrzymywać się by uwiecznić co ciekawszy widok (lub co gorsza, mijać go). Niestety w trakcie robienia zdjęć szyba pasażera opada i już nie daje się podnieść. Okazuje się, że assistance nie pokrywa takiego uszkodzenia, obejmuje bowiem unieruchomienie auta. Zatem pozostaje szukanie serwisu. Zupełnym przypadkiem znajdujemy taki, gdzie nie dość że mechanik mówi po angielsku, to jeszcze jest w stanie sprowadzić uszkodzony element na kolejny dzień. Lub podnieść szybę i zablokować ją taśmą klejącą.

Mimo wysokich kosztów (ok. 350 PLN za całość) decydujemy się na tę pierwszą opcję. Drugą dostajemy niejako gratis, by móc spokojnie kontynuować plan zwiedzania na ten dzień. W pierwszej kolejności znajdujemy kwaterę. Później udajemy się do klasztoru w Sucevita.

Jest to kolejne miejsce które już wcześniej miałem okazję odwiedzić, ale w dalszym ciągu robi wrażenie.

Jeszcze ciekawiej robi się w Dragomirna. Tamtejszy klasztor wypadł z planu zwiedzania w trakcie poprzedniego wyjazdu, więc jestem tam po raz pierwszy. Od wejścia wita nas piękny śpiew – trafiliśmy na próbę żeńskiego chóru. Zaś samo miejsce nie jest może tak bogato zdobione jak wcześniejszy obiekt, ale również warte jest odwiedzenia.

Gdzieś tylko zapodziała się woda, znana ze zdjęć w przewodnikach.

Dzień 3.
Auto trafia do mechanika, a my mamy dwie godziny na leniwy poranek. W sam raz na drugie śniadanie i picie kefiru pod lokalnym pomnikiem. Oraz wypłatę LEI z bankomatu, co okazuje się średnim pomysłem. Mechanizm mBanku sprawił, że z racji podwójnego przewalutowania wyszło drożej niż przy wymianie pieniędzy w kantorze. Cóż, na kolejny raz należy zabrać większą ilość waluty. Z drugiej strony, po powrocie do Polski dowiadujemy się, że dokładnie tyle samo zapłacilibyśmy w kraju i nie ma sposobu by wyszło taniej. Bowiem mechanizm podnoszenia szyby w VW Polo wymienia się w całości, nawet jeżeli tylko chodzi o uszkodzoną linkę.

Wczesnym przedpołudniem, z naprawioną szybą, pojawiamy się w Neamt. Auto spokojnie czeka sobie w bocznej ulicy, a nam przypada przyjemność porannej przechadzki podejściem pod zamek.

Skąd rozpościera się widok na okolicę.

I gdzie znajduje się zamkowa kaplica.

Dziwną regułą odnośnie jedzenia w Rumunii jest to, że jeżeli dana potrawa pochodzi spoza kuchni rumuńskiej, to smakuje lepiej od dań regionalnych. Oczywiście nie twierdzę, że tak jest zawsze, ale z pewnością odnosiło się do wrażeń z naszego wyjazdu. Choćby i w Neamt, gdzie pizza i makaron smakowały lepiej od dań z Sapanty.

Po obiedzie trafiamy na odcinek Lacul Izvoru i nieśmiertelny wąwóz Bicaz. Oczywiście nie mogło obyć się bez zwierząt na drodze.

Ostatnią atrakcją dnia jest Lacu Rosu, gdzie wbrew swej nazwie jezioro nijak nie chcę być czerwone.

Potem zaś przez malowniczą trasę przez Gheorgheni trafiamy na nocleg do Praid.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s