#62 Pribaltika 2016 cz. 5

Dzień dziesiąty
A zarazem ostatni na Łotwie. W Ventspils odbijam w głąb lądu, kierując się do Sabile. Tam bowiem znajduje się dość nietypowa wystawa lalek. Wcześniej jednak mój wzrok przykuwa równie nietypowy mural.

Zaś sam Ogród Lalek nie jest trudny do zlokalizowania. Nie dość, że położony jest przy głównej drodze, to w dodatku można tam trafić po dźwiękach muzyki puszczanej przez jego założycielkę.

 

Nieco później zatrzymuję się w Kuldidze, a dokładnie w tamtejszym Muzeum Biblii.

 

Do granicy z Litwą docieram wszechobecnymi szutrami…

 

mijam nieciekawe (choć zachwalane Telsiai) i kontynuuję wątek religijny. Tym razem w Salantai i tamtejszym Ogrodzie Orvydasa (Orvydý sodyba). Wprawdzie przy wejściu wita mnie czołg, ale reszta eksponatów jest bardziej pacyfistyczna.

 

Na Mierzeję Kurońską docieram dość późno. Na marginesie wspomnę, że wjazd tam wymaga zarówno uiszczenia opłaty za prom (3,50 EUR za bilet powrotny) jak i za sam wjazd na teren parku (5 EUR za motocykl). Docieram tam na tyle późno, że czasu starcza tylko na krótki postój po drodze.

 

Reszta wieczoru mija mi na campingu, gdzie najpierw rozbijam namiot, a później relaksuję się spacerem po plaży.

 

Dzień jedenasty
Ambitny plan zwiedzenia mierzei nie wypala z uwagi na prognozę pogody. Postanawiam dotrzeć do Kłajpedy przed deszczem, zostawiając sobie zwiedzanie okolic Nidy na kolejny raz. O dziwo, mimo że na redzie pojawiam się tuż przed odpłynięciem promu, obsługa na mój widok opuszcza rampę. W efekcie do miasta docieram jeszcze szybciej niż pierwotnie planowałem. Zaś zwiedzanie zaczynam od bazaru, gdzie, podobnie jak rok temu, pewien handlarz płyt pomaga mi w odkryciu nowych dźwięków. Wprawdzie w planie było odkrycie rosyjskiego rocka, a ostatecznie padło na dwóch gitarzystów.

Po czym czasu starczyło jeszcze na spacer po mieście, które wprawdzie nie przyciąga mnie niesamowitymi zabytkami, ale z pewnością ma swój klimat.

 

Prognoza niestety się sprawdza. Padać zaczyna wpół drogi między Kłajpedą a Kownem. Ostatni postój na Litwie wypada w markecie, skąd wychodzę zaopatrzony w pyszną nalewkę miodową i batoniki serowe. Już po stronie polskiej zatrzymuję się na obiad w Zajeździe Morena. O ile dania litewskie mają tam smaczne, o tyle podejście do kwasu chlebowego to istna porażka. Zamiast napoju w tradycyjnej formie, podaje się tam gazowany napój o smaku kwasu chlebowego. Czyli polską imitację tego unikalnego napitku.

Dzień kończę w Półkotach, gdzie w Słonecznym Stoku wprawdzie pada, ale za to zostaję poczęstowany przepysznymi blinami.

Dzień dwunasty
Od rana pada, więc postanawiam poszukać słońca w okolicach Białegostoku. Wprawdzie do Augustowa leje coraz bardziej, ale z czasem robi się coraz bardziej sucho. Kierowany wspomnieniami sprzed roku, zatrzymuję się na obiad w Kruszynianach. Niestety w porównaniu z wcześniejszym posiłkiem, to już nie jest to. Do meczetu ponownie nie udaje mi się dostać, z uwagi na dużą ilość zwiedzających.

W Supraślu zahaczam o tamtejszy pałac, który nie wiedzieć czemu pominąłem rok wcześniej.

 

Stamtąd zaś kieruję się do Białegostoku, by wreszcie odwiedzić to miasto w innym celu niż tranzyt.

Zwiedzanie zaczynam od tamtejszego pałacu.

 

By przejść do katedry, gdzie natrafiam na wyjątkowo brzydkie witraże.

 

Dla kontrastu wchodzę do pobliskiej cerkwi, gdzie tradycyjnie obowiązuję zakaz fotografowania. A szkoda, bo jest na co popatrzeć.

 

Stamtąd zaś, mocno okrężną drogą docieram na parking.

 

W Korycinie doznaję deja vu. Dokładnie jak pierwszego dnia, na horyzoncie pojawiają się chmury, a ja zatrzymuję się by założyć strój przeciwdeszczowy. I podobnie jak wtedy, kawałek dalej łapie mnie ulewa.

Nieco później robię coś bardzo głupiego. Widząc, że jadący przede mną kamper, skręca w lewo, ślepo naśladuję jego manewr. Nagle okazuje się, że omijał on Polo sygnalizujące skręt w lewo. Chyba tylko dzięki temu, że kierująca nie spieszyła się ze skrętem, nie dochodzi do wypadku. Mijam ją w niewielkiej odległości i gdy tylko znów zaczynam myśleć, klnę własną głupotę. Bo przecież należało poczekać aż kamper skończy omijanie, by wiedzieć co się przed nim znajdowało.

Następnego dnia żegnam się z gospodarzami i przez Pruszków wracam do Wrocławia. I na tym kończy się ta podróż.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s