#58 Pribaltika 2016 cz. 1

Wstęp
Gdy w zeszłym roku wróciłem z trasy Litwa – Łotwa – Estonia, czułem pewien niedosyt. Kiedy później okazało się, że pewne miejsca ominąłem (czasem nie wiedząc w ogóle o ich istnieniu) postanowiłem ponownie pojechać w tamte strony. Tak by zobaczyć coś nowego, lub przypomnieć sobie miejsca które spodobały mi się rok wcześniej.

I tak zaczął się wyjazd, trwający dwa tygodnie, w czasie których przejechałem 5050 km. (z czego ponad 1500 kilometrów przypadło na odcinek Wrocław – Półkoty – Wrocław oraz wypad z Półkot do Białegostoku). Pogoda raczej dopisała, choć częściej przydawała się koszulka termoaktywna, niż krótki rękaw. Nie obyło się bez deszczu, ale nie było go tyle by zepsuć wyjazd.

Paliwo było droższe o ok. 40 groszy od polskiego. Żywność była wyraźnie droższa w Estoniii. Trochę lepiej wyglądało to na Litwie, a najlepiej było żywić się na Łotwie (szczególnie na bazarze w Rydze). Jeśli chodzi o posiłki w restauracjach, to wychodziło ok. 10-15 EUR, choć oczywiście można było też zjeść taniej.

Z języków przydał się zarówno angielski jak i rosyjski. By uniknąć ewentualnych zgrzytów, na wstępie pytałem „Russkij? English?” i potem już jakoś szło. Choć na przykład w Trokach dało się miejscami dogadać po polsku.

Jeśli chodzi o stan dróg to najlepiej wypadają estońskie. Na drugim miejscu są litewskie, a na końcu Łotwa. W tej ostatniej nawet „żółte” drogi (oznaczone literą „P”) mogą być szutrowe, a nie trafienie na ruch wahadłowy graniczy z cudem. Poza terenem zabudowanym jechałem z prędkością 90-100 km/h i najczęściej odpowiadało to prędkości z jaką poruszali się inni kierowcy.

Tyle w temacie wstępu. Pora na właściwą relację.

Dzień pierwszy
Na dobrą sprawę niewiele można o nim napisać. Bowiem na odcinku Wrocław – Białystok poruszałem się na zmianę drogami nr 8 i A2, co z pewnością zapewniało szybki i (raczej) płynny przejazd, ale jednocześnie wiązało się z nudą. Ciekawiej zaczęło się robić dopiero w okolicy Korycina, za sprawą ciemnych chmur i deszczu. W efekcie, pod tamtejszym wiatrakiem, wypadł mi postój na założenie przeciwdeszczówki. Przy okazji udało się uwiecznić ów obiekt.

Padać nie przestało praktycznie do Sejn, gdzie w Karczmie Litewskiej zatrzymałem się na późny obiad. Deszcz ustał dopiero w drodze do Półkot, dzięki czemu na miejscu można było podziwiać zachód słońca.

 

Dzień drugi
Praktycznie w kilka minut po wyjeździe z Półkot, już byłem na Litwie. Do samych Troków jazda trasa biegła bocznymi drogami i dopiero brak paliwa skłonił mnie do odwiedzenia tego miasta. A skoro już tam zajechałem, to postanowiłem przypomnieć sobie jak smakują tamtejsze kibiny i rzucić okiem na zamek i otaczające go jezioro.

Niestety z uwagi na deszcz, rzucanie okiem się nieco przedłużyło. Ale za to udało się wyjechać stamtąd „na sucho”, choć w założonej na wszelki wypadek przeciwdeszczówce. Zdjętej dopiero na przedmieściach Wilna, akurat w sam raz by kwadrans później trafić na kolejne opady. Co gorsza w korku, gdzie nie było jak założyć na siebie dodatkowego stroju. Na szczęście nie padło zbyt długo, acz po barwie nieba widać było, że to jeszcze nie koniec. I faktycznie, przed Uteną wjechałem w ulewę, na tyle mocną, że w samym mieście ulicą płynęła niewielka rzeka. Deszcz odpuścił kilkanaście kilometrów dalej, ale pojawił się inny problem. Po pokonaniu kilku kilometrów szutrów i leśnych dróg, okazało się, że camping do którego zmierzałem to tylko kawał terenu wydzielonego nad jeziorem, pozbawiony jakiejkolwiek infrastruktury.

Szczęśliwie w pobliskim Zarasai, za 8 EUR udało się dostać pokój na jedną noc. Dokładnie dwójkę, bo akurat te były wolne i nie było problemu, że zajmę jedną z nich dla siebie. Na marginesie warto wspomnieć, że camping przywitał mnie dekoracjami rodem z Narnii

i pięknym zachodem słońca.

W tamtejszej kuchni przegadałem trochę czasu z litewskim rowerzystą, który od jakiegoś czasu dąży do objechania swojego kraju dookoła. Nie dysponując na tyle długim urlopem, robi to stopniowo, w trakcie dwutygodniowych tras. Co ciekawe, wbrew stereotypom, rozmowa toczyła się po rosyjsku, bowiem taki język zaproponował mój rozmówca. I po raz kolejny sam zacząłem rozmyślać nad rowerowym urlopem.

Dzień trzeci
Pierwszym celem na ten dzień było Daugavpils ze swoimi kościołami. Zważywszy bliskość łotewskiej granicy, dość szybko znalazłem się w centrum tego miasta. Gdy zatrzymałem się w zatoczce, by sprawdzić jak dokładnie mam do nich dojechać, obok pojawił się lokalny motocyklista i zaproponował pokierowanie. Wprawdzie nie było potrzebne, ale za to dłuższą chwilę porozmawialiśmy. Jak się okazało, był członkiem lokalnego klubu motocyklowego i kilka lat wcześniej brał udział w pilotowaniu ekipy Rajdu Katyńskiego.

W końcu on pojechał w swoją stronę, a ja jedną ulicę dalej. Sam kościół z zewnątrz nie zachwycał.

Jednak po wejściu do środka, pierwszym wrażeniem był ciepły zapach topionego wosku, choć wszystkie świece były pogaszone. W półmroku widać było ikonostas, na tyle stary, że część ikon była pociemniała (mimo chroniących je szyb). Może przez półmrok nie zwróciłem uwagi na to, że kilka osób znajdujących się w jednej z naw, stoi przy otwartej trumnie. Zobaczyłem ją dopiero przy wyjściu.

Drugi kościół był przeciwieństwem pierwszego. Z zewnątrz wyglądał bardzo efektownie, zaś w środku skromnie i bardzo współcześnie.

Niestety przez cały wyjazd, w żadnej z cerkwi nie udało się uwiecznić wnętrz, z uwagi na wszechobecny zakaz fotografowania.

Z Daugavpils, po zatankowaniu, skierowałem się świetnie utrzymaną drogą do Rēzekne. Dalej, czyli do samego Stāmeriena, było niewiele gorzej.

Szutry pojawiły się dopiero dalej, w pobliżu granicy estońskiej. I właśnie na tym odcinku, natrafiłem na cmentarz upamiętniający żołnierzy Armii Czerwonej.

Również po stronie łotewskiej natrafiłem na ciekawie zrobiony wjazd do jednej z miejscowości.

Choć nie da się ukryć, że ciekawsze dekoracje udało się znaleźć w estońskim Võru.

Gdzieś po drodze, zatrzymuję się przy bardzo dobrze utrzymanym wiatraku.

Kolejny postój wypada na północ od Tartu, nad brzegiem jeziora Czudzkiego.

tn_IMG_2317a

Czas niestety naglił, więc darowałem sobie szukanie wodospadów i zamiast tego skierowałem się na camping Mereoja. W sam raz by spokojnie rozbić namiot i zrobić sobie krótki spacer po tamtejszej plaży.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s