#50 Litwa, Łotwa, Estonia cz. 3

Dzień 9.
Wczesna pobudka, szybkie śniadanie i przed ósmą jestem w trasie. Poranek jest chłodny, a w dodatku jadę między chmurami deszczowymi. Na szczęście spodnie przeciwdeszczowe przydają się tylko po to by ogrzać nogi.

Zaraz za granicą estońską kończy się asfalt i do Mazsalaca dojeżdżam głównie szutrami. Tamtejsze muzeum diabła wita mnie zamkniętymi drzwiami i tajemniczą kartką po łotewsku. Na szczęście dzięki uprzejmym tubylcom i znajomości rosyjskiego dowiaduję się, że wystawa jest przenoszona do innego budynku, a zobaczyć ją będzie można dopiero początkiem września. Na pocieszenie dostaję namiar na pobliską ścieżkę przyrodniczą.

tn_DSC_0499

tn_DSC_0503

tn_DSC_0504

tn_DSC_0507

tn_DSC_0509

Miejsce faktycznie jest malownicze, ale niestety nie widzi mi się zrobienie kilku kilometrów w stroju motocyklowym, więc w połowie odpuszczam i wracam na parking. Tam posilam się pysznymi pierożkami ze słoniną, kupionymi w lokalnym sklepie.

Jadę dalej i nagle dociera do mnie, że to ta sama droga którą z Cesis jechałem do Tartu. Trzeba przyznać, że bez deszczu wygląda dużo ładniej. W planach mam postój na kawę, ale widok soljanki w menu sprawia, że postanawiam jednak zgłodnieć. I słusznie bo zupa jest pyszna. Do tego jeszcze restauracja jest położona przy niewielkim stawie, świeci słońce i właściwie nie chce się dalej ruszać. A trzeba, bo dużo jeszcze do zobaczenia.

Zamek Sigulda okazuje się być bardzo malowniczy, a do tego obsługa tworzy klimat, paradując w strojach z epoki. Na dziedzińcu jest nawet możliwość postrzelania z łuku do tarcz, czy spędzenia czasu w dybach. Zaś oprócz samego zamku, w skład kompleksu wchodzą również inne zabytki.

tn_DSC_0516

tn_DSC_0523

tn_DSC_0521

 

Kawałek dalej w Bauska tamtejszy zamek stanowi dwa w jednym – nowa część jest przyklejoną do starej. Zamki zwiedzam tylko z zewnątrz, nie garnąc się do wykupienia biletu za wstęp.

tn_DSC_0531

tn_DSC_0535

tn_DSC_0541

 

Zwiedzanie na ten dzień kończę w Jelgavie przy przepięknej cerkwi. Wprawdzie fotografowanie wnętrza nie wchodzi w grę z uwagi na trwający tam chrzest, ale nie umniejsza to przyjemności zwiedzania tego obiektu.

tn_DSC_0547

 

Niestety zmęczenie daje o sobie znać i tamtejszy zamek oglądam tylko z trasy. Tak naprawdę zależy mi na zjedzeniu czegoś i znalezieniu campingu. Udaje się to w Tervetes, przy tamtejszym jeziorze.

tn_DSC_0557

tn_DSC_0564

tn_DSC_0578

 

Dzień 10.
Noc była nieciekawa, bo do północy kilku lokalesów postanowiło pohałasować blisko trampka zaparkowanego na grobli. Właściciela campingu nie było, bowiem wieczorem zmył się do domu, więc ciężko było o ewentualne wsparcie. Na szczęście skończyło się na hałasie i obawach na wyrost. Zaś właściciel usłyszawszy relację z nocy stwierdził, że „każdy chce odpocząć”.

Mimo ciężkiej nocy już o siódmej rano byłem w trasie. Pierwszym celem miał być zamek w Dobeles, ale na miejscu okazało się, że zostały po nim tylko ruiny. Zatem skupiłem się na jeździe, kierując się na północ, by zjeść drugie śniadanie nad brzegiem morza. Miejsce było idealne, bowiem przy samej plaży znalazły się dwa stoły i ławki. Do tego jeszcze nieopodal siedziała para z campera i posiłek minął przy luźnej rozmowie.

tn_DSC_0584

 

Na kawę przyszła kolej kawałek dalej, na Półwyspie Kolka.

tn_DSC_0591

tn_DSC_0600

Tamże spotkała mnie miła niespodzianka. Na parking wjechały bowiem dwa obładowane trampki na niemieckich rejestracjach. Przyjechała nimi bardzo fajna para, wracająca z Nordkapp i chętna do podzielenia się wrażeniami z podróży.

Dla odmiany skierowałem się na południe, cały czas trzymając się wybrzeża.  Co było dziwne, zarówno droga jak i plaże świeciły pustkami, mimo świetnej pogody.Podobno tutaj to norma, co może być przydatną informacją jakby ktoś szukał odmiany po polskich zatłoczonych plażach. W międzyczasie rozglądałem się za opuszczonym radarem, ale nie udało się go wypatrzyć. (Jego lokalizację poznałem dopiero po powrocie do Polski, co dało kolejny powód by wrócić w te strony.)

Ventspils tylko mijam, ale i tak uderza mnie brzydota tego przemysłowego miasta. Za nim kieruję się na Liepaję i dalej do granicy z Litwą. Trasa staje się monotonna i jedynym ciekawym punktem (nie licząc postoju na pyszny obiad) jest ponowne spotkanie z niemiecką parą. Zaś im bliżej litewskiej granicy tym gorzej się jedzie, z uwagi na remonty i związany z tym ruch wahadłowy. Najgorsze jest to, że światła nie są zsynchronizowane i po przejechaniu jednego odcinka, stoi się kolejne pięć minut na kolejnym czerwonym. W końcu jednak docieram na nadmorski camping i wreszcie mogę się ochłodzić w morzu. Reszta wieczoru mija mi na integracji z Polakami, którzy zamiast zatłoczonych polskich plaż zdecydowali się odwiedzić litewskie. No i oczywiście nie mogę sobie darować zachodu słońca na plaży.

tn_DSC_0603

 

Dzień 11.
Skoro już tu jestem, to dzień zaczynam od spaceru. Gdzieś na plaży mijam obozowisko ekipy mocno zaangażowanej w klimaty wczesnośredniowieczne. Wczoraj na plaży urządzali coś co wyglądało na ceremonię ślubną. Do tego stopnia wczuwają się w rekonstrukcję, że śpią na plaży w namiotach pasujących do owych czasów.

tn_DSC_0619

 

Potem śniadanie, pakowanie i w drogę do Kłajpedy. Nie mając dokładnego planu zabytków, łażę po starym mieście z nadzieją na coś ciekawego.

tn_DSC_0621

tn_DSC_0623

tn_DSC_0624

tn_DSC_0626

I rzeczywiście, oprócz ładnej architektury oraz ciekawego żaglowca trafiam na… bazar. Tam przy stoisku z używanymi płytami spędzam dłuższy czas, odsłuchując i rozmawiając o wschodnim rocku. Niestety gdy pytam o płyty nielicznych wschodnich grup które znam, dowiaduję się, że… były, ale się sprzedały. Ostatecznie odchodzę stamtąd z dwoma albumami grupy Чиж & Co.

W drodze z bazaru zahaczam o sklepy z bursztynami, ale nic ciekawego nie wpada mi w oko. Zatem uzupełniam zapas wody i jadę do Kowna.

Ponownie parkuję przy zamku (czyli na jednym z nielicznych bezpłatnych parkingów w okolicy). Wprawdzie na samym początku wyjazdu byłem w tym mieście, ale zostało mi jeszcze trochę do obejrzenia.

tn_DSC_0632

 

tn_DSC_0636

tn_DSC_0638

tn_DSC_0640

tn_DSC_0641

 

Spaceruję więc po centrum, by w końcu dotrzeć do Muzeum Diabła . Wstęp kosztuje tylko 2 EUR, a miejsce jest naprawdę warte odwiedzenia. Są tam głównie rzeźby, ale również maski, obrazy czy plakaty. Dodatkowo niektóre eksponaty opatrzone są dłuższymi opisami pozwalającymi lepiej poznać diabelską tematykę.

tn_DSC_0643

tn_DSC_0644

tn_DSC_0663

tn_DSC_0664

tn_DSC_0668

tn_DSC_0671

tn_DSC_0673

 

Jeszcze tylko zakup pamiątek, w postaci balsamu z Rygi i litewskiej nalewki miodowo-kawowej (przepysznej). Pobyt w Kownie kończę obiadem w restauracji przy ratuszu (znów cepeliny) i kieruję się na Półkoty. Tam bowiem mają się pojawić Wilq.bb z Młodszym by po swojemu zwiedzić Litwę i Łotwę. Przybywam dosłownie kilka minut po nich. Wieczór mija pozytywnie przy piwie i kiełbasie pieczonej na ognisku.

20150806_054801

 

Dzień 12.
Oni wyjeżdżają w swoją stronę, ja zaś zostawiwszy bagaż i namiot w Półkotach, przez Berżniki jadę do Druskiennik. Odcinek szutrowy nie jest przesadnie trudny, ale i tak nieopatrznie pozwalam sobie na lekki przechył w zakręcie, nie zwróciwszy uwagi na to, że jadę po piaszczystym podłożu. Na szczęście dodanie gazu uchroniło mnie przed glebą. Do Parku Komunizmu docieram bez przygód i zaczynam zwiedzanie. Jednym z pierwszych widoków jest Lenin w towarzystwie lamy,

tn_DSC_0687

a za bramką zaczyna się właściwa część, czyli kilka alejek udekorowanych pomnikami ściągniętymi z całej Litwy.

tn_DSC_0684

tn_DSC_0707

tn_DSC_0708

tn_DSC_0709

tn_DSC_0713

Delikatniejsze eksponaty, jak np. książki czy obrazy, znajdują się pod dachem.

tn_DSC_0706

tn_DSC_0721

tn_DSC_0724

Zaś na głodnych i spragnionych czeka restauracja. W tej ostatniej, oprócz tradycyjnych potraw, można znaleźć jedzenie z karty „Menu Nostalgia” czyli np. barszcz w metalowej misce i herbatę w szklance. Zaś miejscowy sklepik oferuje szereg mniej lub bardziej ciekawych pamiątek.

W trakcie spaceru po parku zagaduje mnie jakiś dzieciak i ze zdziwieniem odkrywam, że jestem w stanie go zrozumieć. Po chwili gawędzę z jego dziadkami – miłą parą Rosjan z Moskwy. Niby proponują przejście na angielski, ale nie mogę darować sobie przyjemności poćwiczenia rosyjskiego. Nie wychodzi mi tylko rozmowa z małym Saszą, ale niestety zrozumienie dzieci to tzw. wyższa szkoła jazdy.

Przy wyjściu natykam się na replikę „sistiemy” czyli wieżę strażniczą, pas piasku, a po obu stronach słupy graniczne. Czyli symboliczne zakończenie zagranicznej części podróży, bowiem z Druskiennik wracam prosto do Półkot.

tn_DSC_0728

 

Dzień 13.
Dzień w którym nie trzeba się nigdzie spieszyć. Cel na dziś to Zatoka Kal, czyli jakieś 150 kilometrów do przejechania. Zatem bagaże zostają w namiocie, a ja jadę do Sejn by na tamtejszym bazarze poszukać regionalnego sera. Sera nie znajduję, ale zamiast niego kupuję warzywa, pyszną kiełbasę, koszulkę i litewskie bursztyny sprzedawane na wagę.

W Półkotach po raz ostatni kąpię się w jeziorze, zwijam w końcu namiot i po pożegnaniu z gościnnymi gospodarzami jadę do Puńska, by tam kontynuować poszukiwania sera. Niestety bezskutecznie. Za to są litewskie potrawy w tamtejszej restauracji Sodas.

Gdy w końcu docieram na Kal, spotkanie dopiero się rozkręca i wciąż dojeżdżają kolejne osoby. Reszta dnia mija na integracji przy piwie, plackach ziemniaczanych i kiełbasie z ogniska.

Dzień 14.
Dla odmiany dzień zaczynam bardzo wcześnie, chcąc zdążyć przed upałem. Bez skutku. Już w Ornecie daje mi się we znaki, a to dopiero początek.

tn_DSC_0755

Zwiedzanie zaczynam od kościoła, gdzie oprócz chłodu znajduję piękne rzeźby.

tn_DSC_0746

tn_DSC_0750

 

Po spacerze wokół ratusza robię zakupy i przy ich konsumpcji napotykam motocyklistę z Gdańska zaczynającego objazd po Mazurach. W końcu on jedzie w swoją stronę, a ja do Kościerzyny. Jest to bez wątpienia najtrudniejszy odcinek całej wyprawy. Dwukrotnie ratuję się przed przegrzaniem dłuższym postojem na stacjach benzynowych. Półgodzinny pobyt w klimatyzowanym pomieszczeniu i napój izotoniczny pozwalają jakoś przejechać kolejny odcinek.

Ostatecznie jakoś docieram do Muzeum Kolejnictwa w Kościerzynie, gdzie witają mnie przepiękne eksponaty, w tym prototypowa SP47-001 – jedna z najnowocześniejszych polskich lokomotyw lat siedemdziesiątych. Niestety wobec „odgórnych decyzji” wyprodukowane zostały jedynie dwie sztuki.

tn_DSC_0761

tn_DSC_0760

Poza nią są tam również starsze pojazdy.

tn_DSC_0763

tn_DSC_0765

tn_DSC_0768

tn_DSC_0769

Przyjeżdżam do Wdzydz Kiszewskich z myślą o znalezieniu noclegu, niestety z uwagi na występ jakiegoś kabaretu jest tam dość tłoczno. Pierwszy camping jest tak zapchany, że omijam go szerokim łukiem. Na drugim życzą sobie 25 PLN za skrawek ziemi na którym z trudem można postawić jakiś większy namiot. Ostatecznie parę kilometrów dalej znajduję nieco podupadły ośrodek wczasowy, gdzie oprócz domków i miejsca pod namiot można za jedyne 35 PLN dostać pokój. I tak oto ostatnią noc spędzam pod dachem – trzeci raz w ciągu całego wyjazdu. Zaś na kolację mam pyszny regionalny chleb, kupiony we Wdzydzach.

tn_DSC_0774

 

Dzień 15.
Śniadanie umilają mi odległe odgłosy burzy. Prognoza też nie wygląda zachęcająco. Ostatecznie jednak uznaję, że skoro nie pada, to można jechać. I tuż za Wdzydzami zatrzymuję się przy apetycznym drogowskazie.

20150809_075741

Właściwe zwiedzanie zaczynam w Bytowie przy tamtejszym zamku krzyżackim.

tn_DSC_0796

tn_DSC_0797

 

Kawałek dalej jest również cerkiew, ale nie wygląda zachęcająco, w przeciwieństwie do kościoła w miejscowości Borzyszkowy, przy którym wita mnie napis po kaszubsku. Sam kościółek wprawdzie z zewnątrz nie wyróżnia się niczym szczególnym, ale wnętrze ma bardzo bogato zdobione.

tn_DSC_0799

tn_DSC_0801

tn_DSC_0803

tn_DSC_0806

tn_DSC_0807

 

Z samej chęci uwiecznienia tablicy zahaczam o Swornegacie. Na miejscu okazuje się, że miejscowość jest ładnie położona nad jeziorem. I w tych pięknych okolicznościach przyrody jem drugie śniadanie, jednocześnie gawędząc z tubylcem.

Powoli kieruję się na południe, z postojem w Człuchowie, przy tamtejszym zamku krzyżackim. Tym razem decyduję się na sam obchód wokół murów, bez wchodzenia do środka.

tn_DSC_0809

 

Bocznymi drogami docieram do Wielkopolski i niestety coraz mniej miejsc zostało do odwiedzenia przed zakończeniem trasy we Wrocławiu. Jednym z nich jest wieś Smogulec która zaskakuje ogromnym kościołem, którego można by się było raczej spodziewać w dużym mieście.

tn_DSC_0817

Niestety jego wnętrze mogę poznać wyłącznie ze zdjęć wiszących nieopodal wejścia. Kościół jest bowiem zamknięty, a i dobijanie się do drzwi plebani nic nie daje.

Kolejne postoje niestety rozczarowują. Pałac w Margońskiej Wsi jest ogrodzony i niedostępny z powodu remontu. Zaś zamek w Gołańczy to tak naprawdę smętne ruiny. Ciekawiej robi się dopiero w Gnieźnie.

tn_DSC_0827

tn_DSC_0830

tn_DSC_0835

Jednak upał i zmęczenie sprawiają, że ograniczam się do katedry i okolic. No i pysznych pierogów. Po czym ostatecznie skończyłem zwiedzanie i ruszyłem w stronę Wrocławia.

Koniec.

W trasie spędziłem 15 dni, zrobiłem 5124 km i przez cały czas trampek spisał się na medal.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s